Logowanie



 
 
 
Tatry CdR 2014 PDF Drukuj Email
wtorek, 08 lipca 2014 10:22
1Ekipa ojców z synami i córkami, uginająca się pod ciężarem plecaków, w których czego tam nie było, wyruszyła, a jakże inaczej, pociągiem PKP jadącym prawie że prosto z Monciaka na Krupówki...


1Podróż, jak zauważył Jarek,
pamiętający stare czasy, trwać miała dłużej niż za tzw. komuny, bo ponad 17 godzin. 
I tyle trwała. W czasie którym mogliśmy grać, nudzić się, uczyć wzajemnie węzłów, podziwiać widoki itd.



1Na plus trzeba zapisać naszej kolei, że pociąg dojechał punktualnie.








1Skoro tak, to realizowaliśmy plan A, czyli busikiem do Kir, wioski
położonej u wylotu Doliny Kościeliskiej, gdzie Maciek wypatrzył, że jest kościół
ze Mszą o 10:00.





1Wchodzimy nieco spóźnieni, bo o 10:03 ale okazuje się, ksiądz
spóźnił się jeszcze bardziej, albo wiedzieli, że przyjedziemy i czekali
specjalnie na nas, dość, że jak tylko zajęliśmy miejsca w niedużym kościółku,
to Msza się zaczęła. I to nie byle jak, bo kapelą góralską. Melodia ta, co zawsze. Czasami myślę sobie, czy naprawdę góralskie skrzypce muszą zawsze grać tak samo.
1Nie muszą, wiem, bo znam jak grają Trebunie-Tutki (taki zespół o krajowym rozgłosie). Ale to nie były Trebunie-Tutki. Jednak i tak zrobiło się jakoś tak przyjemnie, skrzypki ciągnęły, a góralskie męskie głosy wysoko piały. Hej!  Kobiety w kolorowych chustach i spódnicach, ten i ów mężczyzna w białych portkach, koszuli i pasie. Tak, jak na obrazkach. Hej!

Po Mszy my hyc, do Doliny Kościeliskiej.

1Bileciki za wstęp do TPN i ruszamy. Brama Kantaka. Hale. Pogoda piękna, słońce bije w oczy. 







Po godzince staliśmy już przy Skale Pisanej i łamaliśmy głowę wytężając wzrok, 1co artysta rzeźbiarz podobno tak zgrabnie wyrzeźbił w płaskorzeźbie w skale, że tak ciężko dostrzec tego śpiącego rycerza. 

Zakładając, że wszyscy zobaczyli co powinni, ruszamy dalej uginając się od plecaków, bo w nich nie tylko ubrania na każdą pogodę, ale też zapasy żywności, a także śpiwory itd.

1Wreszcie schronisko na hali Ornak. Plecaki na ziemię jak kamienie łup. Obiad w barze schroniskowym, kiedy to po raz pierwszy niektórzy doszli do wniosku, że w sumie warto było jeszcze bardziej dać się przygnieść plecakom i bardziej je zapełnić żywnością, bo ceny w barze słone raczej. 

1Najedzeni i wolniejsi od gotówki ruszamy po południu z powrotem w dolinę, bo przecież jeszcze jej nie poznaliśmy, a tylko w biegu prawie, i to z potem spływającym na oczy oglądaliśmy. Teraz na spokojnie, na lekko idziemy jeszcze raz pod Pisaną, gdzie już wszyscy twierdzą chórem, że rycerza widzą świetnie, a ja mam wrażenie, że to dlatego, by znowu nie słyszeć tłumaczeń gdzie ten miecz, a gdzie szyszak, więc wszyscy usatysfakcjonowani idziemy dalej.

Wąwóz Kraków, co o mało się na nas chce zawalić, 1drabinka gdzie sprawdzamy czy ktoś nie ma lęku wysokości, a i tak na wszelki wypadek zabraniamy patrzeć w dół, i pierwsza z jaskiń: Smocza Jama.

1Zachęceni, że łatwo poszło - mój taki podstęp - wracamy do doliny i na drugą stronę do jaskini Raptawickiej.


Znowu łatwo. 1Trochę nam się dzieciaki po rozległej jaskini rozeszły, czołówkami i innymi źródłami światła błyskając, ale wreszcie w komplecie znowu na Bożym świecie i świetle. I na koniec rodzynek, jaskinia Mylna.


1Jak to z rodzynkami, jedni lubią, inni nie. Po 40 minutach spędzonych głęboko wewnątrz góry wyszliśmy po jej drugiej stronie.
1

Generalnie wszyscy szczęśliwi: jedni, bo "było świetnie", drudzy, bo "wreszcie po wszystkim". Okazało się, że nie wszyscy lubią czołgać się tunelami niskimi na 40 cm, pchając przodem plecak i starając się nie paść na twarz w jaskiniowe błoto.

1

Różne bywają gusta, ja na przykład lubię naturę.


1

Choć ze zdziwieniem stwierdziłem, że gdy byłem tu ostatnio, to tych przecisków było jakby mniej i jakby wyższe, łatwiejsze. Ale może to tylko silniejsze ręce miałem kiedyś.

Towarzystwo było dość nieczułe na atrakcje typu wyłączanie latarek czy oglądanie jaskiniowych komnat. 1Większość z ulgą przyjęło wydostanie się na zewnątrz, gdzie rozpoczęła się inwentaryzacja strat. Ktoś trochę rozbił głowę (a przecież mówiłem żeby uważać, bo kasków nie mieliśmy) a większość miała ubrania jak nieszczęście (a przecież mówiłem, żeby brać takie, co ich nie żal). 1Ktoś wylewał wodę z butów.

1A wszyscy zgodnie twierdzili, że jeszcze czegoś takiego w życiu nie przeszli. Co nie dziwi, bo nikt nie był wcześniej w prawdziwej dzikiej, nieoświetlonej jaskini.



1Ciekawi więc co przyniesie kolejny dzień, wróciliśmy do schroniska, zjedli co kto miał albo kupił i padli do łóżek. Tak minął dzień pierwszy,  czwartek w Boże Ciało.



Piątek zaczął się rześko i bylibyśmy o 9:00 wyruszyli zgodnie z planem, gdyby nie deszcz.


1W oczekiwaniu na poprawę pogody niektórzy upewniali się nieufnie, czy aby tego dnia nie planuję jakichś jaskiń, ale zapewniałem, że wprawdzie deszczowa pogoda jaskiniom sprzyja, jednak nie, więc oni, że na razie im jaskiń wystarczy, i że za to chętnie by spróbowali gór na zewnątrz, a nie wewnątrz.


1Skoro tak, to ruszyliśmy z godzinnym opóźnieniem w stronę Iwaniackiej przełęczy, bo się rozchmurzyło nieco. Mały przyczynek do satysfakcji: trasę w przewodniku szacowaną na ponad godzinę my pokonaliśmy w 35 minut, więc bardzo sprawnie.



1Upojeni sukcesem, ruszyliśmy dalej, w stronę Ornaku (góry o takiej nazwie, nie schroniska).

Pokonawszy ok. 400 metrów deniwelacji, zziajani osiągnęliśmy pierwszy z ornaczanskich szczytów, potem kolejne i zeszliśmy na Siwą Przełęcz.


1Tam narada, ocena sił i nastrojów. Pogoda niepewna. Po drodze trochę deszczu i śniegu, więc aura prawie zimowa. Koło 10 stopni.


A na przełęczy Iwaniackiej upał był prawie że.  Niektórzy nawet sie rozbierali do golasa (dowody na wcześniejszej fotce). Teraz jednak o ciepełku już zapomnieliśmy, za to klasyczne wysokogórskie zimno i wicher. Niektórzy odpoczywali jak popadło. Ustaliliśmy, że mniej bojowo nastawieni wrócą tą samą drogą, a kilka osób gotowych do jeszcze większego wysiłku, tzw. harpagony, uderzą na Starorobociański Wierch. Bądź co bądź, dwutysięcznik, bo 2160 mnpm.  


1Co im się udało i po półtorej godziny byli z powrotem na Siwej. A reszta już wcześniej swoim tempem rozpoczęła powrót. Nieciekawa niespodzianka dla mnie to brak mojego plecaka. Zniknął z przełęczy gdzie go zostawiłem. To mój syn postanowił mi ofiarnie, acz bez konsultacji pomóc i wziął go ze sobą. Tylko, że w środku było moje jedzenie, termos i płaszcz przeciwdeszczowy. A tu znowu popaduje. Na szczęście działały telefony i umówiłem się z Maćkiem, że zostawią plecak przy ścieżce, a ja go idąc tą samą drogą za nimi, znajdę. I znalazłem. W samą porę, bo znowu zaczął prószyć śnieg, a i głód zaczął się dawać we znaki.
1


Harpagony poleciały dalej, a ja schodziłem ostatni wolniutko, bo przypomniały mi się tradycyjne moje kłopoty z kolanami, które bolą przy schodzeniu. Tylko teraz jakby mocniej. Cóż, to już nie młodość.
Spotkaliśmy się szczęśliwie w schronisku wszyscy.

Kolacja, partyjki szachów dzieci-dorośli oraz dorośli-dorośli (Zuzia ma talent i zacięcie, ale nie tylko ona). Mecze mundialowe na TV. Inne gry jakie kto miał i lubił. Pod koniec dnia wspólne rozważanie Słowa Bożego. Tak minął dzień drugi, piątek.


1Wieczory w schronisku klimatyczne.  







1


1Na korytarzach porozkładane śpiwory "podłogowiczów". Ciężko przejść. Ale tak zawsze było i tak ma być, że schronisko przyjmuje wszystkich i śpią na podłogach, ławach, stołach. Zresztą przyjmuje nie za darmo. A my mieliśmy pokoje.

1W pokojach komfort, łóżka, szafki itd. Ponieważ było nas trochę więcej niż zarezerwowanych miejsc, to i u nas pojawili się podłogowicze. 


W tej roli chętnie wystąpili chłopcy, w tym mój Łukasz. Jakie były efekty spania na podłodze, można zaobserwować na fotce. Widać położenie początkowe oraz końcowe. Ruchem robaczkowym mój syn pokonał w ciągu nocy całkiem spory dystans.


1Sobota to dzień przemarszu do doliny Chochołowskiej. Trafiliśmy w nienajgorszą pogodę, bo dopiero gdy doszliśmy do schroniska na Chochołowskiej, rozpadało się na dobre.


Uznałem, że zaciągnęło się na dobre i lać będzie do wieczora, co przyjąłem z pewną ulgą, bo martwiłem się swymi kolanami.


Ale znowu zebrała się grupa harpagonów, którzy stwierdzili, że oni nawet w deszcz pójdą, tak spragnieni są zdobywania gór. No i poszli. Akurat gdy wyszli, przestało padać. Więcej, po kilkunastu minutach zrobiło się słonecznie. Mgły opadły, widoczność po horyzont. Zacząłem żałować, że nie poszedłem. Ale za to mogłem pograć z młodzieżą w Sabotażystę.
1 A grupa ofensywna zaliczyła wspaniałą wycieczkę: Grześ, Rakoń i nawet Wołowiec, kolejny dwutysięcznik. Brawo. Spotkali też cztery kozice i sycili swe oczy pysznymi widokami na piękne Tatry Słowackie. Zdążyli w samą porę, by zamówić kolację  w barze przed dwudziestą.  

Towarzystwo mniej ambitne, w tym więc i ja, obejrzeli w tym czasie zacięty mecz mundialowy Argentyna-Iran. (1:0) Chciałoby się mieć taką kondycję i takie mocne kolana, jak ci na ekranie.

1I jeszcze Wigilia niedzieli, gdzie rozważaliśmy Ewangelię o rozgłaszaniu tajemnic na dachach i o przyznawaniu się do Chrystusa. I dorośli, i dzieci dzielili się swoim rozumieniem tekstu, jak to zwykle podczas Wigilii Niedzieli. Doszliśmy do wniosku, że lepiej jest mówić niż nie mówić - o Chrystusie. Bo co do powierzonych tajemnic, to na odwrót. I że prawda boli tylko raz, gdy jej doświadczymy, po czym zaczyna się uzdrowienie, zaś kłamstwo jątrzy i boli w nieskończoność.
Tak minął dzień trzeci, sobota.

Niedziela zapowiadała się z góry bardzo treściwie. Mieliśmy się przecież przemieścić o 30 km do Morskiego Oka. Żegnajcie Tatry Zachodnie. Witajcie Tatry Wysokie!
1Ale zanim tam dotarliśmy, musieliśmy się znowu spakować, wyjść ze schroniska, co zawsze było wyczynem graniczącym z niemożliwością.

Udało się już koło dziesiątej. Pół godziny marszu i miła niespodzianka. Zamiast maszerować przez półtorej godziny, mogliśmy wypożyczyć rowery.

1Trochę kłopotu miał Rafał, bo dla Gabrysia nie było odpowiednio małego roweru, ale rozdzieliliśmy bagaże i Rafał mógł Gabrysia wziąć na siodełko. Rafał powinien być stawiany za wzór dzielnego ojca. Nosząc dwa plecaki, w tym jeden co mógłby robić za dwa, wyglądał jak wielbłąd dwu albo trzygarbny. I jeszcze Gabryś na bagażniku.

1
Dojechaliśmy rowerami całkiem wygodnie, tylko trochę trzęsło na kamieniach - kocich łbach.
Ale czy często mamy okazję jechać cały czas w dół i prawie nie pedałować przez chyba pół godziny?  Wszyscy stwierdzili, że się opłaciło.


A to dopiero drugi (po własnych nogach) środek lokomocji, z jakiego skorzystaliśmy tego dnia.
1Kolejnym był busik. Podwiózł nas na Krzeptówki gdzie przeżyliśmy Mszę. Sanktuarium w stylu góralskim, ale sama oprawa liturgii standardowa, wielkomiejska, czym byliśmy nieco zawiedzeni.
1Kierowca busika nam nagrał kolejnego, który zaraz po Mszy, gdy tylko obkupiliśmy się lodami, zawiózł nas, myślicie do Zakopanego? Nie kochani, nie z nami te numery, przecież my nie na wczasy tam pojechaliśmy, ale na zwiedzanie Tater.
1Zatem zawiózł nas od razu do Palenicy, czyli  do tzw. Morskiego Oka. Bo do samego Morskiego Oka z Palenicy jest bite dwie godziny marszu. Albo  45 minut jazdy wozami konnymi. Tylko, że te drugie kosztują. Standardowo 40 zł od osoby.


1No i tutaj przydały się doświadczenia menedżerskie, zwłaszcza Maćka. Już po kilku minutach negocjacji, cena została uzgodniona na 250 zł za całość nas, czyli za 12 osób, czyli cały normatywny wóz. Hej, jedziemy!
1


Pod górę  koniom naturalnym (nie mechanicznym) było tak ciężko, że niektórzy z nas biegli obok wozu, przy okazji samemu się rozgrzewając, bo w bezruchu się zimno szybko zrobiło.



1

Po drodze coraz piękniejsze widoki, coraz groźniejsze góry. Tylko martwiły nas lasy - dużo drzew powalonych, to efekt huraganu Ksawery z zimy, ale też całe połacie drzew wyschnietych, chyba jakiś szkodnik je zaatakował. Przykro patrzeć.


1Włosienica, wysiadka, jeszcze 20 minut marszu, i jesteśmy przy Morskim Oku. Rozpakowanie i okazuje się, że znowu mamy jeszcze sporo czasu, dopiero trzecia. Część z nas ma ochotę ten czas poświęcić na to, by odpocząć, a część by się zmęczyć. Pierwsi wybiorą się jednak także na spacer nad Czarny Staw, a drudzy tak samo, ale pójdą dalej, bo na Kazalnicę w drodze na przełęcz Pod Chłopkiem. Na dojście do samej przełęczy już nie starczy czasu. Wyprawa ma elementy wspinaczkowe, co niektórzy ocenili, że przebiło wrażeniami nawet jaskinię Mylną. Ileż to atrakcji nas w życiu może spotkać? Kuba nawet proponował, by wezwać helikopter, ale wytłumaczyliśmy mu, ze to sporo kosztuje, więc daliśmy radę zejść na własnych nogach.

1Do schroniska wróciliśmy po dwudziestej. A zwłaszcza ja wróciłem po dwudziestej, bo taki Szymek na przykład, odcinek na który ja, zatroskany kolanami, potrzebowałem półtorej godziny, on pokonał w pół. Co można podziwiać, można powspominać własne młode czasy - też takie numery się robiło - ale można też nieco zwrócić uwagę na aspekt bezpieczeństwa przy tak szybkim schodzeniu. Mimo wszystko, nie polecam zbiegania po skałach.  Niemniej dla wyczynowej kondycji - gratulacje.
1

Ale wspomnienia z tej wyprawy myślę będą niezapomniane. Śnieg, stromizna, pośliźnięcia, wspinaczka, gorąca herbata na szczycie przy zimnym wietrze tak silnym, że mój termos się przewracał... męska rzecz taka wycieczka!



Ostatni dzień to poniedziałek. Plecaki znowu spakowane ale zostawione w schronisku, bo idziemy obejrzeć Mnicha z bliska.

1Dochodzimy szlakiem w stronę Wrót Chałubińskiego do Stawu Staszica, a raczej do jego resztek, bo to taki staw, który powstaje z roztopów na wiosnę i na początku lata zanika. I tu nagroda dla tych, co tu doszli:  świstaki. Kilka z nich żerowało kilkadziesiąt metrów od nas, nie przejmując się nami. Tylko gwizdać nie chciały. A straszyć je specjalnie nie wypada.

1Oprócz świstaków mieliśmy szczęście zobaczyć w czasie całego naszego wyjazdu: łanie, orła lub coś podobnego, gronostaja lub coś podobnego (sprzątał między stołami po gościach schroniska), no i oczywiście kozice. Nie wszyscy widzieli wszystko, bo nie wszędzie chodziliśmy razem, ale jako grupa zaliczyliśmy imponującą ilość zwierzaków, prawda?

Szybki odwrót, bo pociąg nie zaczeka. Zjazd wozami znowu za cenę specjalną - okazuje się, że ilość 12 jest optymalna, nie tylko dla apostołów.
1Dalej tradycyjne intensywne tempo... Busik, codzienny dziesiątek różańca, Zakopane, autobus do Krakowa, lunch na dworcu - Galerii Krakowskiej, i wsiadamy do pociągu.
Ostatnie partyjki szachów i innych gier. Wygłupy dzieciaków. Spanie z zatyczkami w uszach (kto miał i chciał).


Wreszcie koniec podróży.
Kuszetka dojeżdża do Trójmiasta koło piątej nad ranem.

Uściski i hasła: co zrobimy za rok? Może Tatry Słowackie?


1relację przygotował, zdjęcia: Wojciech Kotas